ŁOWCY GŁÓW – JAROSŁAW STOKŁOSA: Niedosyt i bitwa myśli

Łowcy głów Stokłosa

Biję się z myślami, bo chyba jeszcze nigdy żadna książka nie wywołała we mnie tak skrajnych emocji. Z jednej strony naprawdę dobra literatura trzymająca poziom, ale z drugiej lekkie rozczarowanie i niedosyt. Plusy zrównoważyły się z minusami, a ja mam w głowie mętlik, bo książka naprawdę mi się podobała, ale muszę ocenić ją obiektywnie. Mam nadzieję, że mi się to uda.

Tytuł: Łowcy głów
Autor: Jarosław Stokłosa
Wydawnictwo: Pearlic
 
Główni bohaterowie wampir Liszowy oraz ork Ubo są profesjonalnymi zabójcami. Podróżują od wsi do wsi i przyjmują zlecenia, za które zostają sowicie wynagradzani. Po wykonaniu egzekucji przynoszą zleceniodawcy głowy swoich ofiar. Zazwyczaj muszą walczyć z przerażającymi potworami lub bandytami, którzy nastają na życie mieszkańców poszczególnych miast. Ich praca nie jest łatwa, ale sprawia im ogromną przyjemność i często przysparza wielu niespodziewanych atrakcji. Pewnego dnia mają zlikwidować groźnego wampira, który zabija kobiety i dzieci. Tak się składa, że tym wampirem jest młoda dziewczyna, którą Liszowy ratuje z rąk rozwścieczonych wieśniaków. Od tej chwili Ubo, Lisz i Cleo są nierozłączni i razem wyruszają na dalsze łowy.
 
Opis książki w żaden sposób nie odda jej wnętrza. Muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś zupełnie innego, ale to, co dostałam, również jest naprawdę dobre. Pomysł uważam za genialny. Ma potencjał, który powinien być rozwinięty w trakcie trwania fabuły. Tytuł również jak najbardziej adekwatny biorąc pod uwagę, czym parają się główni bohaterowie. Czytelnicy spragnieni krwi i flaków z pewnością je dostaną. Książka jest dosyć brutalna, dosadna, a czasem wręcz prostacka. To wszystko jednak doskonale odzwierciedla jej klimat.
 
Jeśli więc jesteście żądni krwi, to pod tym względem książka z pewnością przypadnie wam do gustu. Jeśli chodzi o główny motyw, jakim jest zabijanie, to tutaj również nie musicie się martwić. Bohaterowie uśmiercają bez skrupułów, ale wszystko, co zabijają, solennie sobie na to zasłużyło. Można by się tu spierać nad ogólnym przekazem książki, że wszystko, co złe, trzeba uśmiercić, ale to w końcu fantastyka. Moralność odstawmy na bok, bo nie ma się co sprzeczać na ten temat. Uważam, że w literaturze wszystko jest dozwolone, a człowiek ma własny rozum, którym powinien się kierować. Poza tym można powiedzieć, że bohaterowie żyją właśnie w takich czasach – zahukanych, już nie średniowiecznych, ale również nie naszych, gdzie wieczory spędza się w karczmach, a do szczęścia wystarczy mieć wóz i konia.
 
Pomimo tego, że książka wywarła na mnie dobre wrażenie, to jednak pewnie mankamenty nie dają mi spokoju. Przede wszystkim styl pisania autora, który zmienia się niczym w kalejdoskopie. Krwawe opisy rzezi są świetne. Wprawiają czytelnika w osłupienie, szokują, a czasem wręcz obrzydzają, co według mnie jest dobrym zabiegiem, jeśli chce się wywoływać właśnie takie uczucia i sprawić, że opisy zapadną w pamięć. Problem jest niestety z dialogami i kreacją bohaterów. Trochę za grzeczni ci bezlitośni kilerzy. Rozumiem, że Liszowy i Ubo są przyjaciółmi, ale nie muszę wciąż powtarzać: przepraszam, podaj mi tamto, proszę, już ci podaję, dziękuję za podanie… Tak się nie konstruuje dialogów, bo to mija się z celem. Skoro już są takimi samcami alfa, to niech nimi pozostaną, nawet gdy nie dzierżą w ręku broni.
 
Nie tylko rozmowy bohaterów mają wpływ na ich odbiór, ale również ich wykreowanie. Ubo to łagodny oraz z zamiłowaniem do ziół, który potrafi przemienić się w prawdziwego niszczyciela. Nie wiemy o nim wiele, autor nie podaje wielu informacji, więc dowiadujemy się tylko strzępów. Z Liszowym jest podobnie. Wiemy o nim więcej niż o orku, ale nie jest to wystarczająca ilość wiadomości. Szkoda, bo jego historia wydaje się naprawdę ciekawa. Wampir ma jeszcze jedną przypadłość, a mianowicie nie umie skonstruować zdania bez przekleństwa. Autor na samym początku przed tym przestrzega i jak się okazuje, robi dobrze. O dziwo takie rzucanie mięsem, bardzo Liszowemu pasuje i nadaje mu charakteru. Niestety przestroga nie przygotowuje nas na to, co dostajemy, czyli całą gamę podwórkowej łaciny w prawie każdym zdaniu bohatera. Chyba w tym przypadku powiedzenie co za dużo to niezdrowo okazało się słuszne. 
 
Osobiście dla mnie wampirzyca Cleo jest cała jednym wielkim mankamentem. Niestety nie potrafię się pogodzić z myślą, że bohaterka jest tak niesamowicie płytka. Niby dorosła, a dziecinna ponad miarę. Między nią a wampirem rodzi się uczucie, ale każde jej zdanie brzmi jakby wypowiedziała je dziesięciolatka. Przez to nie potrafiłam jakoś przeboleć tego, że Lisz wybrał ją na swój obiekt westchnień. Dodatkowo nigdy nie ma własnego zdania, a każda jej decyzja jest uzależniona od innych, co oczywiście zyskuje aprobatę jej przyjaciół. Dziewczyna została wykreowana na bezrozumną, łatwowierną istotę, a przecież wiadomo, że nawet największa ciapa potrafi wybrać, co chce zjeść na śniadanie. Uważam, że ten zabieg bardzo negatywnie wpłynął na odbiór tej postaci i zauważyłam, że autor delikatnie uprzedmiotawia kobiety. Może warto jednak to zmienić, bo jak wiadomo, mamy całkiem dużo do powiedzenia. I całe szczęście…
 
Myślę, że dobrze książce by zrobiło, gdyby można było lepiej poznać głównych bohaterów, ale nie zmienia to faktu, że powieść czyta się szybko, akcja prze do przodu, a postaci dają się lubić. Szkoda, że autor do końca nie wykorzystał potencjału – nawet jeśli książka miałaby być o 100 stron grubsza to i tak przyjemnie by się ją czytało. Mogę mieć jedynie nadzieję, że kolejny tom będzie bardziej rozbudowany i znajdzie się w nim to wszystko, co zostało pominięte w pierwszej części. Książkę polecam fanom fantastyki, którzy nie mają nic przeciwko delikatnej mieszance gatunków.
Za książkę dziękuję wydawnictwu Pearlic