IDŹ I CZEKAJ MROZÓW – MARTA KRAJEWSKA: Cuda i dziwy…

Idź i czekaj mrozów

Wiadomo, że Polacy próbują swoich sił w fantastyce, ale nie zawsze im to wychodzi. Fani wymieniają często nazwiska Sapkowskiego, Dukaja, Ćwieka i jeszcze wielu innych, którzy wsławili się już w tym konkretnym rzemiośle i gatunku. Spotkałam się nawet z opinią, że szkoda czasu na książki nieznanych autorów (czyt. w tym głównie kobiet), bo często okazują się klapą. Całe szczęście, że ja daję szansę nawet debiutantom i nie zamykam się w ramach mrocznej i ciężkiej fantastyki.

Tytuł: Idź i czekaj mrozów
Autor: Marta Krajewska
Wydawnictwo: Genius Creations

Nigdy wcześniej nie słyszałam o Marcie Krajewskiej, choć już wcześniej debiutowała opowiadaniami. Może było to spowodowane tym, że raczej stronię od pewnej odmiany fantastyki, a skupiam się bardziej na tej przystępniejszej. Nie wiem, czy można tak podzielić ten gatunek, ja jednak wolę tę lżejszą lekturę, mniej mroczną i przytłaczającą. Obawiałam się trochę, że książka nie sprosta moim oczekiwaniom, ale na szczęście znalazłam w niej to, czego szukałam.

Venda mieszka w Wilczej Dolinie. Wiosce, która żyje zabobonami, pradawnymi wierzeniami i czarami. Jej mieszkańcy mają jednak powód do tego, aby praktykować dawne obyczaje, ponieważ w lasach żyją istoty, które my znamy jedynie z opowieści. I tylko odpowiednie rytuały mogą ustrzec ich gniewem. Gdy ginie opiekun wioski, to właśnie Venda musi go zastąpić i bronić mieszkańców przed potworami. Dziewczyna jednak nie chce wziąć na siebie tak dużej odpowiedzialności. Gdy nie ma strażnika, wioska zaczyna spływać krwią, potwory wychodzą z mroku i sieją spustoszenie w ludzkich umysłach. Do wioski powraca również mężczyzna, bardziej przypominający straszną istotę niż człowieka i ma wobec Vendy własne plany. Zielarka będzie musiała wybrać między złem, a… złem.

Uważam, że świat wykreowany przez autorkę jest niesamowity. Nie czytałam jeszcze książki, która opisywałaby w taki sposób słowiańskie zwyczaje, a muszę przyznać, że są one bardzo ciekawe. Powieść wciągnęła mnie od samego początku, wabiąc tajemnicą i przyciągając trzymającą w napięciu fabułą. Może nie znajdziemy w niej wartkiej akcji, strzelaniny i sercowych uniesień, ale zapewniam, że prastary świat wciągnie bez reszty i ukaże swoją mroczną stronę. Na początku może nie uwierzycie we wszystko, ale topielce, rusałki, martwiaki i strzygonie wyprowadzą was z błędu.

Wioska trwała tak od setek lat, wtulona w górską dolinę, zapomniana przez świat. Choć nie zawsze było tu tak spokojnie. Na wzniesieniu rysowały się ruiny starego zamczyska. Ich ciemne, milczące kontury odcinały się na tle nieba. I jeśli ktoś spoglądał na nie wracając z pola czy też spiesząc do gospody na kufelek czegoś krzepiącego, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że zamczysko śledzi każdy jego ruch. I, jak za dawnych czasów, czyha na ofiarę.

Jeżeli chodzi o bohaterów, to są oni dobrze wykreowani, choć niestety nie mogę się nad nimi pozachwycać. To po prostu chłopi, którzy żyją według pór roku i narzuconych im przez bogów praw i obowiązków. Venda wyróżniała się ma tle innych swoją siłą, ale nie była typem bohaterki przezwyciężającej wszystkie przeciwności. Prosiła o pomoc, radziła się innych, szukała wsparcia. Bardzo mi się to spodobało, bo nadało jej autentyczności. Była twarda i silna, ale czytelnik miał świadomość, że można ją zranić. Dodatkowo umiała nadrabiać miną i językiem tam, gdzie zawodziła siła mięśni. 

Jeśli chodzi o tajemniczego mężczyznę, to jestem pod wrażeniem, choć czuję niedosyt. Autorka wykreowała naprawdę wspaniałego męskiego bohatera, który miał powalić mnie swoją dzikością i sprawić, że będę tęsknić za nim po skończeniu książki. I na początku rzeczywiście tak było, a DaWern wpisał się idealnie w mój ideał niegrzecznego chłopca. Miałam nadzieję, że zasieje spustoszenie nie tylko na kartach powieści, ale również w mojej głowie. Cóż… w pewnym momencie zrobił się z niego pantoflarz, ale zwaliłam to na Vendę i na jej zbytnią pewność siebie. Dlatego wspaniale zapowiadający się wilkar, wypadł na tle wszystkiego jedynie poprawnie.

Co najbardziej mnie urzekło? Wątki poboczne i konstrukcja powieści. Tak naprawdę całą książkę, napędzają historie innych, a nie to, co przeżywa Venda. Ona jest główną bohaterką, ale bez pozostałych nie byłoby powieści. Na początku poznajemy wielu bohaterów, przez co miałam problem z ich odróżnieniem. Na szczęście kolejne rozdziały odsłaniały po kolei następne elementy układanki. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że żyję nie tylko tym, co się dzieje wokół głównej bohaterki, ale przeżywam historię każdej postaci. To sprawiło, że książka mnie niesamowicie wciągnęła i mimo jej pokaźnych rozmiarów przeczytałam ją w JEDEN dzień.

Idź i czekaj mrozów

Niesamowity świat wciągnął mnie, ale czegoś mi brakowało. Autorka skupiła się na uczuciach, emocjach i wrażeniach, co ją od razu zdradza. Zdradza to, że jest kobietą. Dla mnie to dobrze, ponieważ do mnie – i pewnie do innych pań – to przemawia. Tym bardziej że powieść jest odważnie napisana. Uważam jednak, że autorka powinna poświęcić więcej czasu na zapoznanie czytelnika z historią Wilczej Doliny. Małe wzmianki o tym, co działo się kiedyś, nie wystarczą. Przydałaby się geneza, ale nie dlatego, że tak wypada. Książka przez to nie traci na wartości. To po prostu byłoby szalenie ciekawe. Chciałabym jeszcze bardziej zgłębić słowiańskie praktyki. Może w kolejnym tomie? Mam nadzieję.

I tutaj znów zaczynam marudzić, bo wciąż mi mało. Doskonale rozpoczęta historia w pewnym momencie się urwała, a ja zdałam sobie sprawę, że tylko jedna tajemnica została rozwiązana. A reszta? Co z prastarą przepowiednią? Co z demonami? Co z Vendą i DaWernem? Co się z nimi stało? Ogromny niedosyt, który czuję do tej pory nie daje mi spokoju. Mogę jedynie liczyć, że szybko przeczytam kolejną książkę, a tajemnice w końcu się rozwiążą. Czekam na to z niecierpliwością.

Za ebooka dziękuję wydawnictwu Creations