Katarzyna Łochowska/ Kwiecień 29, 2019/ RECENZJA

Jeśli brakowało Wam porządnej dawki młodzieżowej fantastyki, to Dzieci krwi i kości zaspokoją Wasz głód. Wiedziałam, że będzie dobrze, ale nie spodziewałam się, że ta lektura dostarczy mi tak dużo wrażeń. Z pewnością tę książkę mogę zaliczyć do powieści, które zalatują powiewem świeżości – wcześniej nie czytałam nic, co dotyczyłoby afrykańskiej mitologii. Autorka wykreowała jednak świat, w którym magia miesza się z rzeczywistością i trudno oddzielić jedno o drugiego.

Tytuł: Dzieci krwi i kości
Autor: Tomi Adeyemi
Wydawnictwo: Dolnośląskie

Zélie jest mieszkanką Oriszy – krainy, w której kiedyś była magia, ale została ona wytępiona przez bezwzględnego króla. Matka dziewczyny była magiczką i przekazała jej swoje umiejętności, z których Zélie jednak nie potrafi korzystać, a o jej wyjątkowości świadczą jedynie śnieżnobiałe włosy. Dziewczyna razem z bratem oraz ojcem mieszkają w nadmorskim miasteczku i próbują przetrwać w świecie zdominowanym przez brutalnych strażników i okrutne prawo. Jedna podjęta decyzja przekreśla jednak wszelkie plany i zmusza rodzeństwo do długiej wędrówki, na której końcu ma czekać magia. Zélie będzie musiała zdecydować, czy ma zaufać swemu największemu wrogowi, stoczyć walkę o życie bliskich z królem, a także zasłużyć na miano magiczki.

Dzieci krwi i kości naprawdę mnie zachwyciły swoją konstrukcją, a także elementami mitologii afrykańskiej. W książce praktycznie cały czas coś się dzieje, a autorka stopniowo nam dawkuje informacje o krainie. Może właśnie dlatego to grube tomiszcze pochłania się bardzo szybko i z ogromną przyjemnością. Dodatkowym plusem są tutaj bohaterowie, których trochę się nazbierało. Mamy czwórkę głównych – Zélie oraz Tzaina i Amari oraz Inana. Każda z tych postaci reprezentuje sobą coś innego i na początku książki nie możemy nawet przypuszczać, że przejdą tak długą drogę, która odmieni ich na zawsze.

Zélie i jej brat Tzain to całkowicie odmienne świat. Ona szybciej robi niż myśli, a on z kolei jest niezwykle rozsądny. Doskonale się uzupełniali, bo gdy w Zélie buzował temperament, to Tzain potrafił go ugasić. Początkowo obawiałam się, że dziewczyna będzie przez cały czas popełniać głupstwa tylko dlatego, że z natury jest wybuchowa i nieokrzesana. Jak już jednak wspomniałam, podróż zmienia bohaterów. Dotyczy to również Tzaina, ponieważ z ostrożnego, rozważnego i oddanego zasadom chłopaka zmienia się w wojownika, który nie boi się zaryzykować, by ocalić najbliższych.

Dzieci krwi i kości, Tomi Adeyemi, Wydawnictwo Dolnośląskie, młodzieżowe, fantastyka, romans

Drugie rodzeństwo, czyli Amari i Inan to całkowite przeciwieństwo Zélie oraz Tzaina. Wywodzą się z rodziny królewskiej, ich ojciec wytępił magię w Oriszy, a oni od dziecka byli zmuszani do patrzenia jak giną niewinni ludzie tylko dlatego, że mają inny kolor włosów. Amari początkowo jawiła mi się jako typowa księżniczka, ale dosyć szybko zaszła w niej zmiana. Inan natomiast jako kapitan straży miał na swoich barkach ciężar prowadzenia wojsk. Jest to postać, która przez większą część książki mnie irytowała swoim zaślepieniem, ale nie zmienia to faktu, że jednocześnie jest jednym z ciekawszych bohaterów tej powieści. Wprowadził do książki niezłego zamieszania, więc do końca nie wiedziałam, czy go podziwiać, czy nienawidzić.

Dzieci krwi i kości to powieść niezwykle dopracowana i przemyślana. Nie spodziewałam się, że autorka aż tak dokładnie przyłoży się do jej stworzenia i nie powieli schematów, które pojawiają się w młodzieżówkach. Oczywiście w powieści mamy wątek romantyczny, który na szczęście nie wysuwa się na główny plan – rzeczywiście w tym przypadku ta powieść bardzo przypominała młodzieżówkę, a zakochana Zélie zaczęła mnie irytować. Muszę jej jednak oddać to, że naprawdę zasługuje na miano wojowniczki. Doskonałym rozwiązaniem wydał mi się podział rozdziałów i narracji na poszczególnych bohaterów – dzięki temu mogłam być w kilku miejscach jednocześnie i poznać lepiej każdą z postaci.

Dzieci krwi i kości mogły być naprawdę brutalną powieścią, która raczej nie nadawałaby się dla młodszych czytelników – ja natomiast nie miałabym nic przeciwko. Autorka jednak zachowała umiar w rozlewie krwi, choć i tak ta książka niezwykle wpływa na wyobraźnię i stawia czytelnikowi włoski na baczność. Cliffhanger też wami nieźle wstrząśnie i będziecie siedzieć jak na szpilkach w oczekiwaniu na kolejną część.

Dzieci krwi i kości to prawdziwa podróż w nieznane.

Share this Post