Katarzyna Łochowska/ Kwiecień 23, 2018/ RECENZJA

Wyobraźcie sobie Sherlocka Holmesa tylko o wiele grubszego, brudniejszego, z apodyktyczną siostrą u boku i z pozoru nieogarniętym pomocnikiem. W dodatku nadużywa laudanum i za marne grosze rozwiązuje sprawy małżeńskich zdrad, zaginięć oraz skradzionych drobiazgów. To właśnie detektyw Arrowood. Nie jest może zbyt urodziwy, nie ma gosposi, a policja patrzy na niego raczej z pogardą. Niemniej umiejętnościami dorównuje samemu Sherlockowi – lub jakby sam powiedział, znacznie go przewyższa.

Tytuł: Detektyw Arrowood
Autor: Mick Finlay
Wydawnictwo: Harper Collins Polska

Do sławnego wśród biedoty Arrowooda przychodzi młoda kobieta i prosi go, by odnalazł jej zaginionego brata. Słuch po młodym Francuzie zaginął i choć niechętnie, to detektyw przyjmuje zlecenie. Razem ze swoim pomocnikiem rozpoczynają śledztwo, które prowadzi znacznie dalej, niż początkowo na to wskazywało. Okazuje się, że młody chłopak może być zamieszany w szemrane interesy londyńskiego zbira, który trzyma w szachu nawet policję. Arrowood jednak nie poddaje się i stara się rozwiązać zagadkę. Wkrótce okazuje się, że nawet zrozpaczona panna nie jest tym, za kogo się podaje, a tajemnica sięga dalej, niż detektyw sobie to wyobraża.

Książkę zaczęłam czytać głównie dlatego, że był w niej wspomniany Sherlock Holmes i uznałam, że taka odskocznia od moich tradycyjnych lektur będzie bardzo dobra. Miałam nadzieję, że podobieństwo głównej postaci do Sherlocka będzie bliskie, ale niestety ciężko mi porównać książkę z innymi z tego gatunku. Zazwyczaj takich nie czytam. Pierwsze spotkanie z Arrowoodem było więc dosyć szokujące.

Po pierwsze zaskoczył mnie fakt, że narratorem powieści jest Norman Barnett, czyli pomocnik naszego detektywa. Jest tak jakby odpowiednikiem doktora Watsona. Jest on również motorem napędowym powieści, ponieważ większość obowiązków detektywistycznych jest właśnie na jego barkach. Arrowood jest natomiast twarzą – rozlaną, napitą i mało przystojną. Z pewnością nie przypomina serialowego Sherlocka. Do tego jego charakter również pozostawia wiele do życzenia. Arrowood jednak zna się na ludziach.

Detektyw Arrowood, Mick Finlay, Wydawnictwo Harper Collins, recenzja, detektywistyczne, detektyw, Sherlock Holmes, Londyn

W książce zachwycił i jednocześnie zszokował mnie Londyn roku 1895 roku. Jest on brudny, mściwy i przede wszystkim biedny. Autor skupił się właśnie na londyńskiej biedocie, przedstawiając warunki, w jakich żyli i ich podejście do świata. Powieść jest bardzo klimatyczna i naprawdę można odnieść wrażenie, że przenosi czytelnika w czasy Sherlocka Holmesa i Kuby Rozpruwacza. Czasem śmieszy, by zaraz sprawić, że włosy stają dęba. Autor doskonale odwzorował tę atmosferę, przez to książkę czyta się naprawdę dobrze.

Muszę przyznać, że naprawdę ciekawie czytało mi się o bohaterach, którzy w żaden sposób nie byli idealni. Czasem nawet wprawiali mnie w zgorszenie zabarwione rozbawienie. Każda z postaci była tak niesamowicie prawdziwa i miała swoją własną historię. Zbudowana przez autora fabuła pozwoliła na wprowadzenie wątków poszczególnych postaci, a nawet na ich połączenie delikatnie sugerujące o rodzącym się uczuciu, czy wspólnej przeszłości. Nikt w tej książce nie pojawia się niespodziewanie i każdy odgrywa jakąś ważną rolę. To sprawia, że powieść czyta się nie tylko dla rozwiązania zagadki, ale również z uwagą śledzimy losy bohaterów.

Mimo że cała intryga rozwija się powoli, a autor serwuje poszczególne elementy układanki z niejakim ociąganiem, to jednak koniec jest naprawdę zaskakujący. Powieść mimo wolno biegnącej akcji czyta się niezwykle dobrze i szybko. Jest płynna, a opisy są ciekawe i niezwykle obrazowe. Mimo że Sherlock nie pojawia się w powieści, to jednak często jest o nim mowa, a nawet o niektórych jego sprawach. Całe połączenie stanowi doskonałą lekturę.

Mam nadzieję, że to nie ostatnie spotkanie z detektywem.