Byłam zołzą i było mi z tym cholernie dobrze

zołza

Byłam zołzą. Kiedyś. Dawno temu. Mogłoby się wydawać, że to zamierzchłe czasy, których już nawet nie powinnam pamiętać. Nad wyraz dojrzały bachor z przerośniętym ego, który patrzy na wszystkich z góry. Było mi z tym jednak tak cholernie dobrze, że tęsknię za tamtymi czasami. Zapytacie, jak to jest możliwe? Zołza motywowała do działania.

Zołza była mistrzem w dobieraniu słów. Potrafiła tak gładko i taktownie wbijać wszystkim szpile, że szło w pięty, ale nikt nie mógł się do niej przyczepić, zarzucić obrazę. Mógł jedynie z pokorą zniżyć głowę i przyjąć do wiadomości, że jest pokonany. Uwielbiała ten wysublimowany sposób eliminowania osób, które w jakiś sposób jej zawadzały. Bo zasada była jedna: tykać tych, którzy zasłużyli. Czasem jedno zdanie potrafiło zamknąć usta. I to była władza.

Zołza się starała. Dbała o to, by zabłysnęła w towarzystwie. Pazury pokazywała tylko wtedy, kiedy rzeczywiście była ku temu potrzeba. Pindrzyła się, stroiła, zabiegała o uwagę, chciała wypaść jak najlepiej. Motywowała do pisania, wysyłania, pchała się naprzód. Wchodziła oknem, gdy zamykali jej drzwi przed nosem. Wyklinała, gdy przyszło zmierzyć się z niepochlebnymi komentarzami. Była siłą. I egzystowałyśmy sobie w zgodnej symbiozie.

A potem kazałam jej spadać. Nie potrafiłam się z zołzą pogodzić, bo zaczęło mi zależeć na czymś zupełnie odmiennym. Zaczęłyśmy patrzeć na świat przez inne okulary. Wyklinała mnie, kazała się zastanowić, błagała. Zaczęłam jej unikać, stałam się grzeczna, zamykałam usta, gdy wymagała tego sytuacja, nie dopuszczałam jej do głosu, aż w końcu dostrzegłam, że zołza zniknęła. Przyszło życie, skopało mi tyłek, powaliło na deski w pierwszej rundzie. Sprawiło, że od tamtej pory byłam nad wyraz grzeczna, pozwoliło innym dysponować moim życiem i rozstawiać po kątach, pozbawiło mnie wszelkiej motywacji i kazało przestać o sobie myśleć. Zmienić światopogląd.

I zrobiłam to, czego ode mnie wymagało, a gdy to się stało, zdałam sobie sprawę, że powinnam być zołzą. Bo z życiem trzeba krótko. Trzeba mu pokazać, kto tu rządzi. Podrapać, kiedy trzeba i pogłaskać, jeśli to wypada. Trzymać gardę i czasem walnąć sierpowym. Ja gardę opuściłam, trwałam i czekałam, aż życie mnie sobie całkowicie podporządkuje. Zachłysnęłam się bezsilnością i topiłam w marazmie.

Przyszła zołza, stanęła, pokręciła głową, roześmiała mi się w twarz i kazała podnieść tyłek z podłogi. Wciąż zagniewana, ale gotowa iść na ustępstwa. Powiedziała, że pokaże jak sobie z życiem radzić, wyedukuje, ustawi do pionu. Tym razem jednak nie za darmo. Tym razem najpierw miałam myśleć o zołzie, a dopiero potem o całej reszcie. I wystarczyła chwila z nią, bym sobie zdała sprawę, gdzie zrobiłam błąd. Więcej nie pokładam nadziei w fałszu. Teraz to zołza jest na pierwszym miejscu, a ja wiem, że będzie mi z nią cholernie dobrze.

A pazury rosną… 

♥♥♥

  • Anna Kawecka

    O rany to takie w moim przypadku zyciowe 🙂 dalej czekam na obudzenie w sobie zolzy na nowo, bo mi tej cholernie silnej baby gotowej do dzialania, sarkastycznej i bardzo pewnej siebie brakuje.

    • Katarzyna Łochowska

      Prawda? Z nią źle, ale bez niej jeszcze gorzej. Tak, jak napisałaś, cała zołza 😉

  • Joanna Zabawa

    Dzisiejsze czasy zmuszają do bycia zołzą i zimna suką. Można to w sobie przytłumić, ale tylko na chwilę bo to jest jak bumerang, zawsze wraca.

    • Katarzyna Łochowska

      Co racja, to racja. Można nawet powiedzieć: Jakie czasy, taka zołza 😉