Katarzyna Łochowska/ Wrzesień 21, 2018/ O TYM I O TAMTYM

Gdy po raz pierwszy zakładałam moją stronę, miałam w głowie jasny cel, do którego początkowo łatwo było mi dotrzeć, a blog miał mi to jedynie ułatwić. Musicie jednak zrozumieć, że było to ładnych parę lat temu, przed erą Instagrama, a nawet rozpropagowanym Facebookiem. Wtedy nie zastanawiałam się nad tym, czy uda mi się przetrwać w blogosferze i czy ktokolwiek będzie chciał mnie czytać. Co ciekawe z biegiem lat te pytania zaczęły pojawiać się w mojej głowie i niestety są w niej do dziś.

Musicie wiedzieć, że gdy blog zagościł na stałe w sieci, nikt nie podejrzewał, że zyska aż taką popularność. W końcu miał to być swego rodzaju pamiętnik, w którym ludzie chcieliby dzielić się swoim życiem. Patrząc z perspektywy lat, wcale nie było to aż tak dawno temu. Wystarczy przypomnieć sobie pamiętny tekst Kominka znanego teraz jako Jason Hunt z 2006 roku. Wpis o budyniu pokazuje, że w tamtym czasie można było pisać, o czym się chciało i jak się chciało. Nikogo w sumie to nie obchodziło. A teraz? Za taki wpis można by stoczyć niezłą walką z połową blogerskiego świata i jeszcze z paroma wielkimi korporacjami. Moim skromnym zdaniem mimo upływu ponad dziesięciu lat, wpis Kominka wciąż pozostaje oszałamiająco aktualny.

Nie o tym jednak… W moim mniemaniu tej młodej, ale tak naprawdę całkiem już starej użytkowniczki sieci blog pozostaje wciąż czymś niezwykłym. Zwracam się tu do milienialsów tych urodzonych jeszcze przed 2000 rokiem. Pamiętacie swój pierwszy blog? Co czuliście, gdy się okazało, że możecie zaistnieć w sieci i mieć swoją własną „stronę internetową”? To było coś… Internet dawał nieograniczone możliwości. Mogliśmy być wolni, komunikować się z kim chcemy i pisać teksty, które z pewnością do kogoś dotrą. I właśnie od czasu rozpowszechnienia blogów, w głowie większości z nas narodziły się pytania, czy przetrwamy w morzu niezliczonych możliwości i stron internetowych. Niektórym się udało i nawet można powiedzieć, że odnieśli sukces na tym polu. Teraz jednak by przetrwać w tym świecie, trzeba się przystosować. A to oznacza, że musimy pędzić ramię w ramię z duchem czasu.

Mam wrażenie, że blog odchodzi do lamusa. Robi to bardzo powoli i wcale mu się nie spieszy, ale jednak ginie w natłoku nowych technologii. Sama mam wrażenie, że nie nadążam za pędzącym światem internetu, ale jeśli się nie dostosuję, to zostanę w tyle i lata pracy, które poświęciłam na tworzenie społeczności czytelników, legną w gruzach. Kurde… w sumie to nie nadążam również za Wami, bo jeśli Wam czymś nie zaimponuję, to przestaniecie mnie czytać. Ze zgrozą uświadamiam sobie, że podoba mi się wstawianie zdjęć na Instagrama. Nie dziwi mnie, że ludzie wolą przeczytać szybką notatkę lub obejrzeć film o książce, niż czytać moją wypoconą i wymęczoną recenzję. Z braku czasu sama wolę usiąść i przeskrolować wasze zdjęcia na Insa ewentualnie przeklikać Instastory i dać w ankiecie TAK, jeśli zapytacie, czy przeczytam daną książkę. Kto nie ogarnia, traci folowersów.

Nasuwa się jednak pytanie, na które ja niestety nie znam odpowiedzi. Czy blogi rzeczywiście kiedyś przestaną istnieć? Mam tu na myśli taki tradycyjny blog z konkretnymi wpisami, zdjęciami wyróżniającymi, przejrzystym menu i uroczym logotypem, nad którym może ktoś ślęczał pół nocy. Czy to zostanie zastąpione Instagramem lub może czymś jeszcze nowszym, a wszystko po to, by było szybciej, sprawniej i bardziej nowocześnie? Wyobraźcie sobie takiego Kowalskiego, który zainwestował w aparat, wystrój, przygotował całą scenerię, naklikał tych zdjęć od groma, by w końcu wybrać to idealne, które będzie można jeszcze podrasować odpowiednimi filtrami. Wiecie, że jego pracę można zniszczyć jednym ruchem palca? Wystarczy mu dać unfollow.

Myślę, że do całkowitego unicestwienia blogów jeszcze długa droga. My blogerzy nie damy na to pozwolenia. Nie zmienia to jednak faktu, że musimy iść z duchem czasu i kto wie, czy ten właśnie duch nie zmusi nas do wybrania konkretnego medium i zrezygnowania z drugiego. Sami dobrze wiemy, ile trzeba poświęcić, by wynieść się na internetowe wyżyny. Ile pracy musimy w to włożyć, a najgorsze jest to, że na razie nie wypłacą nam za to emerytury. By zakończyć apelem powiem: Rodacy! Zasięgi i lajki muszą się zgadzać, folowersów trzeba nagonić, nowe zdjęcie wstawić, post udostępnić w każdej możliwej grupie, nowy napisać i przeczytać ten stos książek, który patrzy na Was z byka. Ruszajcie do pracy! Pamiętajcie jednak, że macie czerpać z tego przyjemność.

Ot co, puenta!

 

Share this Post