Płoń Harry, płoń!

blur 1851176 1920 800x533 - Płoń Harry, płoń!

Ja to bym dorzuciła do ognia Opowieść podręcznej, bo kto to widział, żeby w taki sposób przyszłość przepowiadać. I jeszcze bym się wzięła za rodzimych autorów. Może Moroza bym dorzuciła, bo z pewnością jakiś demon go opętał – normalny człowiek by tyle książek nie wyskrobał. Za Mrozem Bonda by poszła, bo jakieś za grube te książki pisze, a jeśli już mowa o kryminałach, to nie uważacie, że to natchnienie dla przyszłych morderców? Taki człowiek usiądzie, przeczyta i jeszcze mu jakieś czarne scenariusze do głowy przyjdą, a nasza rzeczywistość jeszcze nie jest przygotowana na seryjnych morderców.

Jak już tak lecimy po bandzie to, jak mogli zapomnieć o Martinie i Lewisie? To przecież pierwsi do ostrzału, bo kto to kiedy widział drzwi w szafie i babę ujeżdżająca smoka? A jeszcze dorzućmy do stosu autorki romansów, bo dyrdymały o miłości opowiadają. Niech wszystkim się oberwie, bo jak zaczynać, to z grubej rury, a kończyć tylko w wielkim stylu. Płoń, Harry! Płoń, Edwardzie! Płoń, Kubusiu Puchatku! Całe szczęście, że my Polacy wiemy, że z czytania książek nie ma nic dobrego. Udowadniamy to każdego roku, zajmując szczytową pozycję w rankingach (anty)czytelnictwa. Trzeba jednak przyznać, że taka książka ma wiele zastosowań – nie tylko jako podpałka do grilla. Można ją zawsze podłożyć pod stolik, żeby się nie chybotał. Tutaj autorzy idą nam na rękę, pisząc książki o różnej grubości. Każdy może sobie taką książkę dopasować do swojego stolika. Prawda, że to duże udogodnienie ze strony autorów?

Taka książka bardzo wpływa też na wizerunek. Jeśli zestawimy ją z okularami w rogowych oprawach, to możemy mieć pewność, że w oczach naszych rozmówców będziemy wyglądać na jeszcze mądrzejszych, niż jesteśmy w rzeczywistości. Uważam jednak, że prawdziwą przyszłością książek w Polsce jest… przerobienie na surowiec palny. Zastanówmy się przez chwilę nad plusami i pomińmy to, że papier pali się szybko. Może kiedyś książki zastąpią nam węgiel – w końcu tylu się dzisiaj narodziło nowych autorów, że produktu mamy aż nadto.

Poza tym wyprodukowanie takiej książki to pestka! Wystarczy mieć płodnego autora, który usiądzie i poświęci swój bezwartościowy czas, by wyskrobać te 300 marnych stron. Potem wystarczy, że jakiś człowieczek z wydawnictwa ją przeczyta i uzna za co najmniej grafomanię z puentą. Następnie zabierze się za nią korektor, no i nie zapominajmy o grafiku, bo przecież wiadomo, że książki w ładnych okładkach pali się przyjemniej. Dodajmy do tego jeszcze sztab innych ludzi – od promocji, dystrybucji i druku. Nie wspomnę o tłumaczu, jeśli ściągamy surowce z zagranicy. Widzicie? Taka praca to nie praca. To przyjemność w najczystszej postaci. Rolę też odgrywają blogerzy, bo w końcu trzeba wiedzieć, którą książkę wybrać, by spalić jako pierwszą.

Niekumatym zalecam zapoznać się z definicją felietonu. Tymczasem podsumowanie będzie – wbrew felietonowej tradycji – na poważnie. Książki są do czytania i szkoda, że większość Polaków nie miała w ostatnim roku ani jednej w ręce. Może gdyby przeczytali Harrego Pottera, to ich wyobraźnia byłaby na tyle rozwinięta, że wiedzieliby, co jest dobre, a co złe. Szkoda, że nie jesteśmy w stanie poszanować pracy innych ludzi, bo przy wydaniu takiej książki PRACUJE cały sztab zaangażowanych rodaków, a autor nie napisze jej w ciągu godziny. Jako osoba związana na co dzień z książkami nie potrafię sobie wyobrazić małostkowości innych ludzi – pomijając kwestie poglądowe, a skupiając się jedynie na miłości do papieru. Ludziom, którzy pracowali przy książkach, które straciły życie w Gdańsku, mówię PRZEPRASZAM. Nie martwcie się, bo ja mam te książki na półce i już dostały u mnie dożywocie.

Harry u mnie nie pójdzie na stos.