WALENTYNKI: Nie, dziękuję!

love
Siedzę w domu, roboty od groma, ale mówią, że ta nie zając. No jasne, że nie ucieknie, ale się skubana namnoży i dopiero będę płakać. Myślę sobie jednak, że dzisiaj w końcu ten szczególny dzień. Wypadałoby coś napisać. Nic poważnego, ot zwykłe biadolenie, jak mi to źle i jaki świat jest niesprawiedliwy. Wypada? No jasne, że tak. Dlatego ktoś bardzo mądry stworzył felieton, a ja to wykorzystuję i piszę o miłości z przymrużeniem oka.

No to jest mi źle. To już wiecie. Dzisiaj mamy Walentynki – kto by o tym nie wiedział. Trąbią o tym wszędzie i już człowiekowi uszami wychodzi. Wszyscy się cieszą, że miłość jest na świecie. Nawet ja. Powiecie, że sceptycznie do tego podchodzę? W końcu jestem singielką to jak mam podchodzić?
 
Nie z wyboru. Gdzie tam! Konkretnej przyczyny swojego „staropanieństwa” nie potrafię podać, bo i one mi się mnożą, jak ta robota. A w szczególności po kilku lampkach wina. Wtedy to dopiero jestem zalana przyczynami mojej samotności, która w gruncie rzeczy jest szczęśliwa. Bo wszystko na miejscu jest i ochota dopisuje, tylko chłopa na horyzoncie nie ujrzysz. 
 
Bo to znajdzie się zawsze coś. A to ten ma „rurki” przyciasne, a to tamten koszulki pod kolor nie dobrał, a ostatni to nawet nie wie, co z rękami zrobić. Takie nam się społeczeństwo rozwinęło. A w całym tym ambarasie ja stoję pośrodku i patrzę, że innym jakoś to nie przeszkadza. I ja się pytam gdzie ci wszyscy amanci? Czyżby można ich było spotkać tylko w książkach? Wcześniej chłopów było na zawołanie, a rurki to się człowiekowi z kremem tylko kojarzyły. Teraz mamy chłopców, a chłopy gdzieś się pochowali.
 
Chodzę tak ulicami i się zastanawiam. Czy to ze mną jest coś nie tak, czy ten świat zwariował? Wypadałoby coś w końcu zmienić w swoim życiu. Znaleźć prawdziwą miłość, by zasmakować święta zakochanych, a i ciotkom usta zasznurować, by się w swatki nie bawiły. No to wyszłam i jestem. Czekam. Możecie powiedzieć księciu z bajki, że już czas wsiadać na rumaka. A jak księcia nie spotkacie, to i bestię przyjmę z otwartymi ramionami.
 
Już kilka Walentynek w życiu przeżyłam i doszłam do wniosku, że miłość to jednak podstępna żmija. Cały rok nic. Ani widu, ani słychu, aż tu nagle przychodzi czternasty, a ta opanowuje cały świat. I szarogęsi się na ulicach, zmuszając tych biednych ludzi do naocznej wizualizacji uczuć. Niczym epidemia, zamaskowana czerwonymi serduszkami. A ciemnymi zaułkami przemykają single – biedni, zmarznięci, jedyni odporni. W tym roku nie wyszłam. Siedziałam w domu, ratując oczy przed upublicznianiem uczuć i zalewem czerwieni. Telewizor i radio wyłączone, Facebook wylogowany, bunkier zamknięty. Jak chcecie sobie miłość okazywać, to macie na to cały rok!
 
Takie moje sceptycznie gadanie, a w głębi ducha już kombinuję, jak okazję wykorzystać. Człowiek się naczyta i naogląda, a potem mu się w głowie przestawia. I szuka dziury w całym, jak sprawa wydaje się taka prosta. Nie jest ważne – mądry czy głupi, niski czy wysoki, brzydki czy piękny. Gdy do serca zakrada się ta podstępna żmija, nie ma wyjścia. Można jedynie kochać. Może spędzacie ten dzień z ukochaną osobą, a może musieliście wybrać samotność. Sparowanym życzę dzisiaj wielu wrażeń, a samotnym mówię, by się nie przejmowali. W końcu na każdego przyjdzie pora… Ja dzisiaj spędzę wieczór z jakimś pięknym panem. Mało ich tam na półkach stoi? Tacy też potrafią dostarczyć atrakcji co niemiara. A później… Kto wie, co mi życie rzuci pod nogi? 

Nie wariujmy, ludzie! Kochajmy się.