DWADZIEŚCIA SIEDEM SNÓW – MARTA A. TRZECIAK: Jawa to czy sen…

snów
Prawdą jest, że życie pisze najlepsze scenariusze. Ileż filmów, książek czy opowieści powstało na podstawie prawdziwych wydarzeń? Może sami nawet nie wiemy, że za rogiem czai się perełka na miarę Pulitzera lub Oskara. Często jednak wyśmiewamy przekonanie, że to, co najlepsze, znajduje się najbliżej. Jesteśmy zbyt ślepi, by to dostrzec. Jedynie czasem wystarczy zmienić punkt widzenia i wyjechać na wieś. Tylko tyle wystarczy, by jawa stała się snem, z którego człowiek nie chce się wybudzić.

Tytuł: Dwadzieścia siedem snów
Autor: Marta Alicja Trzeciak
Wydawnictwo: Kobiece
 
Młoda pisarka wyjeżdża na wieś w poszukiwaniu natchnienia. Chce oderwać się od codzienności i w spokoju pracować na swoją powieścią. Trafia do Tego Nowego i wynajmuje pokój u starszej kobiety zwanej przez wszystkich Szarą. Tam poznaje również szesnastoletnią Laurę, utalentowanego weterynarza oraz innych mieszkańców wsi. Najbardziej jednak interesuje ją kobieta, która samotnie zamieszkuje pobliskie wzgórze, otaczając się jedynie zwierzętami. Społeczeństwo jej nie akceptuje i jest wrogo do niej nastawione. Im bardziej pisarka poznaje ludzi Tego Nowego, tym bardziej zaciera się granica między jawą a snem. Okazuje się, że każdy ma do odegrania jakąś rolę, a wszystko prowadzi do odnalezienia upragnionego odkupienia.
 
Do tej książki podchodziłam z lekkim dystansem, bo tak naprawdę, nie wiedziałam, czego mam się po niej spodziewać. Na czystą fantastykę mi nie wyglądała, a i dobrym romansem nie podchodziła. Doszło w końcu do tego, że książka stała na półce, a ja omijałam ją szerokim łukiem i nawet nie chciałam trącić kijem. Musiałam się jednak przełamać, bo w końcu recenzja sama się nie napisze. A że nie mam w zwyczaju recenzować w ciemno, to otworzyłam książkę i zaczęłam czytać. I muszę przyznać, że spędziłam nad nią dużo czasu, bo myśl, że mogłabym ją skończyć, napawała mnie smutkiem. Koniec jednak musiał kiedyś nadejść i choć czułam, że moje życie nie będzie już takie samo, to jednak zamknęłam ostatnią stronę i wiedziałam, że historia dłużej trwać nie może.
Nie myślałam, że jedna powieść, która w teorii mogłaby uchodzić za lekką opowiastkę z pogranicza snu i jawy, może siać w życiu czytelnika takie spustoszenie. Może to zależy od człowieka, ale ja niesamowicie przeżywałam historię pisarki oraz trzech kobiet, które były przez nią obserwowane. Z zaangażowaniem śledziłam ich losy i nie starałam się hamować emocji, jakie się we mnie budziły podczas czytania. I choć opowieść z pozoru prosta, to jednak poczułam w niej niesamowitą magię. Myślę, że wiele w tym zakresie zdziałał sposób przekazania historii. Autorka nie opowiada o tym, co widzi bohaterka. Ona wchodzi w postaci i poznaje je od podszewki. Nie zmagamy się z ich czynami, ale z uczuciami. Huragan emocji, który targa żywotem bohaterów, po części wpada również do życia czytelnika. 
 
Podział książki na rozdziały oraz na sny sprawia, że ma się wrażenie odrealnienia. Czytamy o tej samej historii, ale przedstawionej na zupełnie różne sposoby. Jedna jest stateczna, żywa, można nawet powiedzieć, że zwykła. Napisana przez życie. Równie dobrze każdy z nas mógłby być jej bohaterem. Ta druga jest dzika, nieokiełznana. To ona ukazuje prawdziwe motywy i pragnienia bohaterów. Jest piękna w swojej prostocie, ale jednocześnie niezwykle w niej zawiła i skomplikowana. Jest brutalna w swoim przekazie, ale jednocześnie podnosi na duchu i daje nadzieję.
 
Wcześniej nie znałam twórczości Marty Trzeciak. I może dobrze, że zaczęłam właśnie od książki Dwadzieścia siedem snów. Nie wiem, czy inne powieści również charakteryzują się takim stylem. Wiem jednak, że nie mam pojęcia, co napisać o bohaterach. Po skończeniu książki spostrzegłam, że nawet nie pamiętam imienia głównej bohaterki. Czy ono było w ogóle wymienione? Wiem, że jest pisarką, ma męża, o którym wiadomo, że ma na imię M. Wiem również, że pisarka bardzo przykłada się do swojej pracy i dba o najmniejszy szczegół w powieści. Dopiero po chwili przychodzi zrozumienie, że to nie ona gra pierwsze skrzypce w powieści.
Głównymi bohaterkami są trzy kobiety – Szara, Laura i Milena. Te trzy kobiety walczą z ciążącą na nich klątwą i próbują uciec przed przeznaczeniem. Powiedziane jest, że każda z nich spotka diabła, który pozbawi ich wolności. Każda walczy z klątwą na swój sposób, ale nadszedł czas, by w końcu przerwać pasmo rodowych nieszczęść. Samotność, niewinność i szaleństwo. A wszystko sprowadza się do wygnania diabła. Są to niesamowicie odważne i silne postaci. Każda odznacza się jakimiś cechami szczególnymi, ale wszystkie uparcie dążą do wyznaczonego celu. Nie chcą zamknąć się w okowach życia, ale pragną czegoś więcej. I właśnie to pragnienie zawsze ściąga na ich głowy nieszczęście.
 
Myślę, że książka Marty Trzeciak nie jest dla wszystkich. Ta powieść potrzebuje zrozumienia i głębszego zastanowienia. Ona zmusza do refleksji. Jest magiczna, ale jednocześnie brutalna i obdarta z wszelkich ozdobników. Może tylko na mnie tak zadziałała, ale mogę o niej dużo powiedzieć i nie ukrywam, że wywarła na mnie duże wrażenie. Chciałabym, żeby opowieść trwała dłużej, ale jednocześnie wiem, że skończyła się w odpowiednim momencie. Chcę więcej takich powieści i mam nadzieję, że się nie zawiodę.