CALDER. NARODZINY ODWAGI – MIA SHERIDAN: Posłuszeństwo staje się przekleństwem

a sign of love tom 1 calder narodziny odwagi b iext41875814 210x300 - CALDER. NARODZINY ODWAGI – MIA SHERIDAN: Posłuszeństwo staje się przekleństwem

Dzisiaj recenzja książki, którą przeczytałam już dawno, ale zwlekałam z wydaniem opinii na jej temat. Ostatnio w ogóle staram się dokładniej dobierać słowa, żeby przypadkiem nie trafić na czyjąś czarną listę. Niemniej przeczytanie tej powieści zbiegło się z pewnymi wydarzeniami i decyzjami, które miały zaważyć na moim życiu. Może właśnie dlatego odebrałam ją tak bardzo emocjonalnie. Niemniej kolejne spotkanie z Mią Sheridan zaliczam do udanych i będę kontynuować nasze schadzki.

Tytuł: Calder. Narodziny odwagi
Autor: Mia Sheridan
Wydawnictwo: Septem

Ktoś mógłby pomyśleć, że to kolejna powieść o miłości dwojga nastolatków i miałby rację. Książka opiera się na relacji Caldera i Eden, którzy żyją w zupełnie innym świecie, niż ten, który znamy. Należą oni bowiem do sekty, która wyklucza cyfryzację, żyje z pracy własnych rąk i nieznane im są żadne technologiczne unowocześnienia. Tak przynajmniej mogłoby się wydawać. Calder jest zwykłym robotnikiem, ale ma wielkie ambicje i chce godnie reprezentować swoje społeczeństwo przed bogami. Eden natomiast jest przepiękną dziewczyną, na którą spadło jarzmo przeznaczenia – ma poślubić przywódcę sekty, Hectora. Poznanie Caldera zmienia jednak jej sposób myślenia, a narzucone zasady wydają się coraz bardziej okrutne. Ich miłości przeszkodzić może jedynie wizja zbliżającej się apokalipsy.
 
Po przeczytaniu opisu może wam się wydać, że to jakaś fantastyka. Ja na początku również miałam takie wrażenie, tym bardziej że wizja świata autorki całkowicie różni się od tego realnego. I mimo że początkowo byłam nieco zdezorientowana, to jednak powieść Sheridan pochwyciła mnie w swoje szpony i nie chciała puścić. Gdyby nie ten wyróżnik – sekta i jej świat – otrzymalibyśmy kolejną książkę dla młodzieży. Autorka jednak tylko stwarzała pozory, by na koniec zaaplikować czytelnikowi porządną dawkę różnorakich emocji, które mnie powaliły na kolana.
 
Jeśli chodzi o bohaterów, to są oni dobrze wykreowani, choć niekiedy ich zachowanie mnie troszeczkę denerwowało. Calder był ślepo zapatrzony w kult wielkiego Hectora, a Eden mimo wahania, nie potrafiła stawić czoła przeciwnościom. Była dla mnie trochę naiwna i na początku irytująca. Dodatkowo nie potrafiłam postawić się na miejscu bohaterów i wielokrotnie ich zachowanie mnie denerwowało. Ja postąpiłabym po prostu inaczej. Wiem jednak, że powieść musiała się na czymś opierać, a gdyby bohaterowie zastosowali inne wyjście z sytuacji, to książki pewnie by nie… było. Uwagę zwrócił również Hector, ale stosunek do niego mogłabym opisać jednym słowem. NIENAWIŚĆ. Ja go po prostu nie trawiłam i wciąż uważam go za pomylonego zboczeńca. To jest jednak ten typ bohatera, który teoretycznie nic złego nie czyni, ale pod płaszczem dobroci skrywa samo zło. Hmm… Ciekawe. Czyżby autorka chciała coś w ten sposób przekazać? Jak myślicie?
 
I dochodzimy do momentu, w którym muszę opisać, dlaczego książka tak mną wstrząsnęła. Choć to może za dużo powiedziane – po prostu odebrałam ją bardzo emocjonalnie. Jak wszyscy dobrze wiedzą, tematy religijne w naszym kraju są niezwykle delikatne, a jeśli już ktoś zaczyna głosić swoje poglądy, to zazwyczaj wybucha jakaś afera. Ja nie zamierzam ich głosić, ponieważ przyjęłam zasadę, że o wierze się nie dyskutuje. To zbyt osobista sprawa. Książka porusza jednak temat sekty, a ja wyznając własną ideologię, nigdy głębiej nie chciałam go zgłębiać. Może właśnie dlatego tak mną poruszyło bezprawie i okrucieństwo psychiczne i fizyczne, które na ludzi sprowadził jeden człowiek. I owszem tych pierwszych wyznawców mogę nazwać naiwnymi, bo uwierzyli nieodpowiedniej osobie. Co jednak z tymi, którzy urodzili się w sekcie i nie znają innego życia – jak Calder. Odcięci od cywilizacji, pozbawieni praw, zmuszeni do wykonywania rozkazów w imię bogów, poświęcenie ponad wszystko, a to wszystko ubrane w podniosłe słowa i tłumaczone zbawieniem po nadejściu apokalipsy. I dopóki mówimy o książce, może to nie zrobić na nikim wrażenia. Czyż jednak nie znajdziecie porównania w realnym życiu?
 
Mnie ta książka skłoniła do refleksji, a przede wszystkim pozytywnie zaskoczyła. I choć temat uważam za dosyć trudny, to autorka zgrabnie sobie z nim poradziła. Ponadto zachęciła mnie do dalszego czytania, więc możecie się spodziewać recenzji drugiego tomu. Zachęcam was do refleksji nie tylko na temat książki, ale również sekt oraz innych religii i podzielenia się z nimi w komentarzu 😉